Autostop na Węgry

Środa, 6:00 budzik, wstaję, jem śniadanie i wychodzę z domu. Ale to nie takie wyjście jak codziennie. Ruszam na majówkę. Nie taką zwyczajną samochodem, pociągiem, czy samolotem –  w tym roku wybrałam … autostop. 

Więc zarzucam plecak, biorę do ręki mapę i w drogę – kierunek Balaton! Plan był prosty. Pojedziemy najprostszą możliwą trasą.

Zaczynamy na granicy Krakowa jak większość autostopowiczów z wielkim uśmiechem na twarzy i optymizmem jakiego nigdy bym się po sobie nie spodziewała.  Podchodzimy do kierowcy samochodu ciężarowego z pytaniem, czy nie jedzie może w stronę Słowacji. Jest! Udało się! Transport złapany już przy pierwszym podejściu. Zadowoleni wsiadamy do samochodu i dojeżdżamy aż do Rabki, potem całkiem szybko udaje nam się dostać do granicy. 

Tam okazuje się, że powiedzenie szczęście początkującego jednak ma w sobie sporo prawdy. 

Autostop to często sinusoida szczęścia

W towarzystwie deszczu, chrupiąc jabłka, którymi poczęstował nas jeden z kierowców musimy zrobić ponad 2 kilometrowy spacer. Jednak autostop nie przyjeżdża na czas jak autobus. 

Na szczęście udaje się! Niedługo później jesteśmy już jakieś 30 km za granicą i zadowoleni siedzimy w ciężarówce, która zawiezie nas prosto do Bratysławy, następnie szybko zmieniamy samochód i dostajemy się na kolejną granicę. Jesteśmy na Węgrzech! Jak to było dalej? Kolejny transport i małe nieporozumienie wysłały nas do małej miejscowości, w której ze względu na późną porę musimy przenocować. Oczywiście jak na autostopowiczów przystało w prawie pięciogwiazdkowym namiocie. 

Kolejny dzień zaczyna się dla nas równie wcześnie co poprzedni. Chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce szybko składamy namiot i ruszamy w dalszą drogę. Choć nieco naokoło udaje nam się dotrzeć do nieco większej miejscowości i o dziwo tam złapanie kolejnego transportu jest już nieco trudniejsze. Przejeżdżamy z kolejnymi kierowcami tylko po kilka kilometrów, aż lądujemy na małym skrzyżowaniu pomiędzy polami. Nieco sceptyczni stajemy przy drodze… i nic. 

Mija dziesięć minut, piętnaście, a jedyny samochód jaki koło nas przejechał (nie licząc przewozu drewna) to taki jadący w przeciwną stronę. Postanawiamy iść dalej pieszo, gdy niespodziewanie coś jedzie. Samochód zatrzymuje się. Zadowoleni, że przejedziemy chociaż kilka kilometrów dalej, pakujemy się do środka. I wierzcie lub nie okazuje się to być najlepszą z możliwych decyzji. Nasi kierowcy jadą dokładnie tam gdzie my! Nad Balaton! Po kawie na jaką nas zabrali i 40 minutach drogi jesteśmy na miejscu. Może nie pierwsi (ale też nie ostatni) docieramy nad największe na Węgrzech jezioro. 

„Wszystko dobre, co się dobrze kończy”

Ale, ale koniec drogi to nie koniec majówkowej przygody. Na miejscu nie tylko leniuchowaliśmy na plaży, ale także zwiedzamy zamek w Kesthely i Siófok. Wieczory minęły nam na rozmowach przy ognisku. 

Po powrocie do Krakowa kilka osób pytało, czy nie prościej wsiąść w samochód lub zarezerwować bilet na autobus. Jasne prościej, bo momentami jest ciężko. Słońce męczy, a niezatrzymujące się samochody potrafią zdemotywować nawet największego optymistę, odpowiadałam. Po czym bez chwili zawahania dodaje, ale czy to pozwoli Ci przeżyć taką przygodę?