Sztuka Latania

Bip, bip… Nikt z was nie wie, o co chodzi, ale zapewne każdy zna ten dźwięk doskonale.
Kontrole na lotniskach nie należą do najlepszych momentów naszego życia. W przeciwieństwie do całodobowego bufetu i drinków z parasolką, nie jest to chwila napawająca nas nagłym przypływem radości. A szczególnie, gdy trwa ponad dwie minuty i jesteś zmuszony zamienić z pracownikami ochrony bezpieczeństwa więcej niż dwa zdania. Czasami zdarzają się przypadki skrajne, gdy masz wrażenie, że jesteś postrzegany niczym poszukiwany od lat groźny przestępca, a nie dziewiętnastolatka w koszulce z mopsem i zaburzoną percepcją czasu po jedenastu godzinach na pokładzie (tak, mowa o mnie!).

 

Ale to nie koniec przygód, które mogą cię spotkać w tych niezwykłych miejscach, jakimi są lotniska i samoloty. Żenujące przepychanki, kłótnie w kolejkach, intrygująca lista zakazów i nakazów…

Poniżej chcemy podzielić się z wami historiami z kategorii “lotniskowych potyczek” – naszymi oraz tymi, które opowiedzieli nam członkowie AEGEE-Kraków. Nie gwarantujemy zmrożenia krwi w żyłach, ale mamy nadzieję, że uznacie je za dobry dodatek do porannej podróży tramwajem.

 

Kasia:

Z dwóch historii rozpocznę tą, która wydaje się trochę mniej żałosna i stawia mnie w bardziej biernej pozycji.
Kiedy miałam 15 lat moi rodzice porwali się na pierwsze w ich życiu (i niestety nie ostatnie) wakacje typu “all-inclusive”. Oczywiście nie mam nic przeciwko osobom, które lubią i umieją korzystać z tej formy wypoczynku, jednak przyznaję otwarcie, że do nich nie należę. Począwszy od przejazdu na lotnisku busem pełnym dmuchanych kół do pływania i rodzin z małymi dziećmi trenującymi skalę swoich głosów, po wreszcie samo tureckie lotnisko, miałam wrażenie, że coś może pójść nie tak.

I poszło.

Po samej odprawie mieliśmy przed sobą około godzinę czekania na samolot – akurat, aby coś zjeść (do wyboru był Burger King i…tyle). Czas minął szybko i od razu zorientowaliśmy się, że nasz samolot nie został podstawiony, nikt nie ma pojęcia, do której bramki powinniśmy podejść, a otrzymanie jakiejkolwiek informacji stało się naszym największym marzeniem na kolejne dwanaście godzin.

Po około półtorej godziny niepewnego rozglądania się, podwyższania decybeli krzyku przez warszawskie towarzystwo w przedziale wiekowym 0-4 i bezskutecznych prób uzyskania wiedzy o tym, dlaczego nasz samolot się nie pojawił i kiedy przyleci, nadeszły pierwsze informacje. Jak się okazało, samolot nie zgubił się po drodze, nie został uprowadzony lub nagle zawrócony. Nigdy nie opuścił Warszawy z powodu problemów technicznych. Ani służby lotniska, ani, co najgorsze i najbardziej bulwersujące, przedstawiciele firmy turystycznej którzy organizowali wyjazd nie pamiętali o tym, aby nas poinformować o odwołaniu lotu. Rozgłośnie na lotnisku ani razu nie przekazały nam żadnej wiadomości, wszystkie wieści dochodziły tak zwaną pocztą pantoflową i tylko “co bardziej ogarnięci” byli w stanie je zdobyć. Pierwsze plotki donosiły, jakoby samolot miał być podstawiony już po czterech godzinach czekania. Gdy to się nie stało, mówiono o siedmiu, później dziewięciu. Nie muszę chyba dodawać, że poziom irytacji, zwłaszcza pośród opalonych na czerwono mężczyzn w wieku średnim szedł w górę i po około sześciu godzinach postanowili zawalczyć o jakikolwiek “bonus” związany z tak długim koczowaniem, które nie wiadomo kiedy miało się skończyć.

Waleczna grupa praw pasażerów obrała sobie na przywódcę osobę, która po angielsku znała mniej więcej trzy zdania i tak wyruszyli na oblężenie Burger Kinga. Bariera językowa przyniosła pewne problemy komunikacyjne, do dzisiaj jednak zastanawiam się w jaki sposób udało im się końcowo załatwić po darmowym posiłku dla każdego, kto przedstawi w kasie nieszczęsne karty pokładowe lotu, który miał się już dawno skończyć.

O północy, po upływie dziesięciu godzin dostaliśmy definitywną informację – samolot wyleciał z Warszawy i ma wystartować z Turcji przed czwartą rano – z nami na pokładzie. Była to najdłuższa i jedna z najbardziej męczących podróży, jakie dotychczas odbyłam. Chociaż cenię fakt, że lecieliśmy sprawnym samolotem i zdecydowanie było to ważniejsze, niż wylądowanie w Polsce punktualnie dnia poprzedniego, nie życzę nikomu spędzenia prawie czternastu godzin po odprawie na małym, ciasnym lotnisku zatłoczonym przez niespokojnych urlopowiczów wykonujących nerwowe telefony do pracy i próbujących jednocześnie ujarzmić swoje kilkuletnie dziecko w kryzysie.

W drugiej sytuacji na śmiech zasługuję już raczej tylko ja, a nie panowie walczący o frytki w lotniskowym fast foodzie.
Lecąc po raz pierwszy sama do San Francisco niewiele ponad rok temu, bardzo się stresowałam. Chociaż wiedziałam, że obiektywnie wszystko idzie całkiem dobrze, obawiałam się, że w jakiś niezdefiniowany sposób w końcu narobię sobie wstydu – chyba wykrakałam.

Poszłam do samolotowej toalety, w której ktoś poprzednio postanowił chyba stworzyć przebranie mumii. Podłoga była cała w papierze toaletowym i wychodząc nie zauważyłam, że całkiem długi kawałek przykleił mi się do podeszwy buta. Przeszłam więc, nieświadoma, że wyglądam jak bohaterka kiepskiej komedii, przez pół samolotu, ale to nie było najgorsze. Przechodząc do swojego siedzenia, zdałam sobie sprawę z tej osobliwej dekoracji, która łaskawie odczepiła się od mojego buta. Nie umknęło to jednak oku mojego sąsiada, który, nim ja sama zdążyłam zareagować i najzwyczajniej podnieść ten papier, wziął do ręki plastikowy woreczek, podniósł przez niego felerną makulaturę i bez słowa poszedł ją wyrzucić. Nie miałam pojęcia, co powiedzieć, dlatego poprzestałam na zmieszanym “dziękuję” i tak pływałam w swojej własnej kałuży żenady do końca lotu.

 

 

Marysia: 

Gorący, parny dzień na lotnisku w Mombasie w Kenii. Miałam na spokojnie wsiąść do samolotu do Katowic i wrócić do Polski. Tego dnia leciały dwa samoloty – jeden Katowic i drugi do Warszawy.

Szybko się okazało, że samolot do Warszawy miał być spóźniony o 13 godzin w związku z problemami technicznymi. Niestety – samolotem do Warszawy wylatujących godzinę po tym do Katowic miał lecieć jakiś ważny polityk, który musiał być w pracy już na następny dzień. Pociągnął za kilka sznurków i zaczęło się piekło. Ślązacy wywołali “wojnę” na lotnisku, łącznie z blokowaniem bramek i krzykami. Skończyło się na tym, że podróż, która miała dla mnie trwać 7 godzin, trwała ponad 20.

 

 

 

Mateusz:

Lotnisko w Bergamo, noc po Agorze Bergamo w maju 2016. Na stosunkowo niedużym lotnisku, pośród około 100-120 osób spędzających tu noc, jakieś 50-60 to Aeżacy wracający z Agory – widać po badgach, wlepkach i flagach. Aby uwiecznić tę ciekawą sytuację, wyjmuję telefon i nagrywam usypiające lotnisko pokazując jak wielu nas tam jest. Wraz ze mną robi to drugi Aeżak. Lecimy od jednej osoby do drugiej, całość trwa 2-3 minuty.

Nagle zatrzymuje nas ochroniarz i mówi coś po włosku w niezrozumiały sposób. Łapie nas za rękę i prowadzi do pokoju. Jest tam drugi ochroniarz, który po angielsku informuje nas, że nie można nagrywać ludzi na lotnisku, że to nielegalne. My tłumaczymy, że to nasi znajomi, ale ci bez zrozumienia wyjmują kwitki i spisują nasze dane osobowe. My zestresowani, ostatnie czego chcemy to mandaty w euro. Zakończyło się na szczęście tylko spisaniem i skasowaniem nagrań z telefonu, ale cała sytuacja zepsuła nam wieczór.
Na domiar złego, później okazało się, że na lotnisku co prawda można być w nocy, jednak NIE MOŻNA SPAĆ (don’t ask me why). Przez całą noc po lotnisku chodzili więc strażnicy i budzili wszystkich Aeżaków, którzy, przypomnę, ostatnie kilka dni spędzili śpiąc po 2-4h dziennie. To była straszna noc.

 

 

 

 

Iga:

 

Moskwa-Domodiedovo. W ramach przestrogi pamiętajcie, że tam cywilizacja jeszcze nie dotarła – karty pokładowe tylko wydrukowane. Z racji, że miałam tam przesiadkę z Petersburga, czekałam 10 godzin zanim otworzy się stoisko lotu, żeby je wydrukować. Do tego nikt na całym lotnisku nie mówił po angielsku – włącznie z panią na infopoincie. Nie mogłyśmy przejść przez pierwsze bramki, nie mogłyśmy iść spać, nie można było nawet siedzieć na ziemi przy kontakcie. Po tylu godzinach bez snu uaktywnił się nasz patriotyzm (wszystkie pieśni patriotyczne dotyczące walk z Rosją) i twórczość własna. Sprawdzanie mojego paszportu zajęło tylko 15 minut i wizja deportacji wydawała się całkiem miła.

 

 

 

 

***

Głodni, wściekli, niewyspani. Prześwietleni od stóp do głów, odarci z resztek godności, ale za to owinięci w papier toaletowy…
Mówi się, że podróże zmieniają ludzi. To prawda i, jak widać na powyższych przykładach, najbardziej namacalnym dowodem na to są lotniska i podróże samolotem, które tak często ukazują drugie, dzikie oblicze niektórych pasażerów i stają się najmniej przyjemnym i najdziwniejszym aspektem naszego wyjazdu.

Nie chcemy jednak zniechęcać nikogo naszym artykułem. Mimo że w danym momencie każda z tych sytuacji wydawała się absolutnym koszmarem rodem z niskobudżetowej komedii, to z perspektywy czasu wywołują u nas rozbawienie i uśmiech na twarzy. Dzięki takim doświadczeniom każdy z nas ma co opowiadać na imprezie… i co napisać w nieszablonowym artykule o podróżach! 😉

autorki artykułu: Katarzyna Damps oraz Agata Pyka